Jeden sojusznik może gwałtownie osłabić presję jednomyślnej większości
W badaniach inspirowanych Aschem wystarczyło naruszenie jednomyślności grupy, aby konformizm wyraźnie spadł. Najsilniejszą ochronę dawał partner popierający prawidłową odpowiedź, ale nawet dysydent podający inną — czasem jeszcze bardziej błędną — odpowiedź potrafił zmniejszać podporządkowanie w niektórych zadaniach. Efekt nie sprowadza się więc do prostego „liczenia głosów”. Jednomyślność sama w sobie jest silnym sygnałem społecznym, a obecność niezależnego głosu może ułatwić człowiekowi poleganie na własnym sądzie. Rodzaj wsparcia nadal ma jednak znaczenie.
Jednomyślność jest szczególną sytuacją
W klasycznej wersji zadania Ascha uczestnik był jedyną osobą podającą odpowiedź inną niż wszyscy pozostali. To nie jest po prostu przewaga liczebna pięciu osób nad jedną. Jednomyślność tworzy wyjątkowo mocny komunikat: „wszyscy poza tobą widzą to samo”. Pojawia się wtedy możliwość, że to własny sąd jest błędny, a także koszt publicznego sprzeciwienia się każdemu członkowi grupy naraz.
Sojusznik zmienia układ sił
Badania Vernona Allena i Johna Levine'a pokazały, że obecność partnera zgadzającego się z uczestnikiem znacząco zmniejszała konformizm. Taki sojusznik dostarcza dwóch rzeczy jednocześnie: łamie jednomyślność większości i daje niezależne potwierdzenie własnej oceny rzeczywistości. Uczestnik przestaje być samotną mniejszością jednego człowieka. Nie musi już zakładać, że jego własna percepcja jest jedyną odstającą.
Nawet „zły” dysydent może czasem pomóc
W eksperymencie z 1969 roku porównano wsparcie zgodne z uczestnikiem z tzw. ekstremalnym dysydentem, który nie zgadzał się ani z uczestnikiem, ani z większością i podawał jeszcze inną odpowiedź. Taki dysydent także obniżał konformizm przy zadaniach wzrokowych i informacyjnych, ale nie przy pytaniach opinii. To sugeruje, że samo rozbicie konsensusu ma znaczenie, lecz nie wyjaśnia wszystkiego.
Wiarygodność sojusznika także się liczy
W dalszym badaniu Allen i Levine manipulowali tym, czy partner był postrzegany jako wiarygodny punkt odniesienia. Wsparcie od partnera uznawanego za kompetentnego zmniejszało konformizm bardziej niż wsparcie od osoby uznawanej za gorszy punkt odniesienia. Mimo to nawet mniej wiarygodny sojusznik obniżał podporządkowanie względem warunku całkowitej jednomyślności. Wpływ społeczny łączy więc strukturę grupy z oceną źródła informacji.
Dlaczego to nie jest recepta „znajdź jednego buntownika”
Efekt pochodzi z kontrolowanych zadań laboratoryjnych i zależy od rodzaju sądu. W sprawach opinii sam ekstremalny dysydent nie zawsze daje taką samą ochronę jak osoba, która podziela nasze stanowisko. W realnej grupie ważne są też status, relacje, wiedza, sankcje i możliwość zabierania głosu. Wynik nie oznacza więc, że każdy pojedynczy sprzeciw automatycznie rozbije presję społeczną.
Najważniejsza lekcja dotyczy struktury informacji społecznej
Człowiek reaguje nie tylko na liczbę osób mających określone zdanie, lecz także na to, czy opinie są zgodne i czy pojawia się niezależne źródło potwierdzające alternatywę. Pięć identycznych głosów może być psychologicznie czymś innym niż cztery głosy i jeden jawny dysydent. To jeden z powodów, dla których mechanizmy wpływu większości nie dają się opisać prostą zasadą „im więcej ludzi, tym większy konformizm”.
Publiczne podporządkowanie nie musi oznaczać prywatnej zmiany przekonania
W eksperymentach konformizmu trzeba odróżnić to, co uczestnik mówi publicznie, od tego, co naprawdę uważa. Presja może skłonić do zgodnej odpowiedzi bez trwałej zmiany własnej oceny. W innych sytuacjach większość może jednak dostarczać informacji, która rzeczywiście zwiększa niepewność wobec własnego sądu. Dlatego badacze rozróżniają wpływ normatywny — związany z akceptacją społeczną — od informacyjnego, kiedy grupa staje się źródłem danych o rzeczywistości. Sojusznik może osłabiać oba mechanizmy: zmniejsza koszt społecznego sprzeciwu i jednocześnie pokazuje, że własna interpretacja nie jest odosobniona.