Mount St. Helens eksplodował przede wszystkim na bok, bo najpierw osunęło się zbocze
18 maja 1980 roku erupcja Mount St. Helens nie rozpoczęła się jako symetryczny wybuch pionowo z krateru. Trzęsienie ziemi uruchomiło ogromne osunięcie północnego zbocza. Usunięcie tej masy skał gwałtownie odciążyło znajdujący się wewnątrz gorący i silnie sprężony kryptodom magmowy. Nastąpiła nagła dekompresja i potężny boczny wybuch skierowany na północ. USGS szacuje, że gorąca mieszanina w bocznej eksplozji przyspieszyła co najmniej do około 480 km/h. Geometria katastrofy została więc ustalona przez osuwisko.
Najpierw góra straciła bok
Przed 18 maja 1980 roku północne zbocze Mount St. Helens wybrzuszało się, ponieważ magma wtłaczała się płytko do wnętrza góry i tworzyła kryptodom. O 8:32 lokalne trzęsienie ziemi uruchomiło ogromne osuwisko. W ciągu kilkunastu sekund wybrzuszony fragment zbocza i część szczytu zaczęły zsuwać się z wulkanu. To wydarzenie zmieniło warunki ciśnienia szybciej niż system magmatyczny mógł spokojnie się dostosować.
Dekompresja zadziałała jak zerwanie pokrywy
Magma i gorące płyny wewnątrz wulkanu znajdowały się pod dużym ciśnieniem. Dopóki przykrywała je masa skał, ciśnienie było częściowo równoważone. Osunięcie usunęło ten „korek” od strony północnej. USGS opisuje natychmiastową dekompresję kryptodomu i systemu magmatycznego. Gazy mogły gwałtownie się rozprężyć, rozrywając magmę i skały. Ponieważ droga najmniejszego oporu prowadziła przez świeżo odsłonięty bok, pierwsza ogromna eksplozja była silnie kierunkowa.
Dlaczego zniszczenia były asymetryczne
Boczny wybuch rozprzestrzenił się przede wszystkim na północ, zamiast tworzyć równy pierścień wokół wulkanu. Według USGS obszar zniszczeń miał dziesiątki kilometrów szerokości, a gorąca chmura przyspieszyła co najmniej do około 480 km/h. To tłumaczy charakterystyczne fotografie lasów powalonych w podobnym kierunku. Nie była to zwykła fala uderzeniowa w powietrzu, ale szybko poruszająca się mieszanina gorących gazów, popiołu i fragmentów skał.
Pionowa kolumna pojawiła się również, ale później
Mount St. Helens rzeczywiście wytworzył wysoką kolumnę erupcyjną, która w ciągu kilkunastu minut wzniosła się na dziesiątki kilometrów. Jednak skupienie wyłącznie na niej zaciera najbardziej niezwykłą część przebiegu. Pierwsze minuty zostały zdominowane przez osuwisko i eksplozję boczną. To właśnie dlatego katastrofa z 1980 roku tak mocno zmieniła sposób myślenia o zagrożeniach ze strony stratowulkanów.
Kształt wulkanu jest częścią mechanizmu
Historia Mount St. Helens pokazuje, że topografia nie jest tylko tłem dla erupcji. Stabilność zboczy, położenie intruzji magmowej i kierunek osuwiska mogą zadecydować o tym, gdzie zostanie uwolniona energia. Dwa wulkany o podobnej magmie mogą wygenerować zupełnie inne strefy zniszczeń, jeśli jeden z nich wcześniej utraci część zbocza. Ocena zagrożenia musi więc uwzględniać mechanikę całej góry, a nie wyłącznie centralny krater.
Wybrzuszenie zbocza zdradzało rosnący kryptodom
Na tygodnie przed katastrofą geodeci obserwowali szybkie wypychanie północnego zbocza na zewnątrz. Do 17 maja deformacja osiągała setki stóp w stosunku do wcześniejszego kształtu góry. Był to namacalny efekt intruzji magmy, która nie mogła swobodnie wydostać się na powierzchnię i rozpychała stożek od środka. Pomiary nie mówiły dokładnie, kiedy nastąpi kolaps, ale pokazywały, że problemem nie jest już wyłącznie centralny krater — destabilizuje się całe zbocze.
Katastrofa zmieniła sposób mapowania zagrożeń
Po 1980 roku boczne wybuchy i wielkie kolapsy zboczy zaczęto traktować jako znacznie poważniejszy element oceny ryzyka stratowulkanów. Kierunek zniszczeń może zależeć od miejsca deformacji, a nie tylko od dominujących wiatrów czy symetrii stożka. Mount St. Helens stał się jednym z głównych przykładów pokazujących, że monitoring odkształceń powierzchniowych jest niezbędny do rozumienia, gdzie gromadzi się magma i która część góry może stracić stabilność.